12 gru 2014

Rozdział II. "Siła"

Obudził mnie hałas dochodzący z zewnątrz namiotu. Coś musiało się stać, ponieważ nie czułabym takiego niepokoju, jak w tym momencie.
Usiadłam raptownie na swojej macie, po czym przetarłam oczy dłońmi.
Zerknęłam na Hinatę. Dziewczyna spała głęboko, nie zwracając najmniejszej uwagi na trwający harmider.
Wstałam niezdarnie i rozsunęłam zamek namiotu. Ognisko, które kilka godzin wcześniej strzelało w niebo płomieniami, teraz się lekko tliło. Mimo tego zauważyłam dwóch mężczyzn rozmawiających ze sobą. Szczególnie wyróżniał się wysoki mężczyzna o sterczących w górę włosach.
Kakashi, pomyślałam, idąc w tamtym kierunku. Po chwili już biegłam.
Nagle raptownie się zatrzymałam. Mężczyzną nie był Kakashi, lecz Asuma, trzymający w dłoni płócienny wór, w którym coś niebezpiecznie grzechotało, gdy nim potrząsał. Wolałam nie wiedzieć, co w nim jest.
Obok niego stał Gai z posępną miną na twarzy. Lewą rękę miał w temblaku; najwyraźniej była złamana.
W tym momencie Maito zauważył mnie i uśmiechnął się szeroko.
- Aiko! – powiedział głośno, na co Asuma odwrócił się do mnie przodem.
- Cześć – odezwałam się. Bałam się spojrzeć Sarutobiemu w oczy.
- Cześć – rozejrzał się. – Gdzie Kakashi? Muszę z nim porozmawiać.
Przygryzłam wargę. Kurwa mać… musiałam powiedzieć prawdę. Nie mogłam tego dłużej ukrywać, i tak wyjdzie to wszystko na jaw. Prędzej czy później, ale wyjdzie. A wtedy będzie gorzej niż było w tej chwili.
Otworzyłam usta, po chwili je zamknęłam i znów otworzyłam.
- Kakashi… On… dorwali go. Tydzień temu podczas spaceru zaatakowali nas funkcjonariusze. Pobili mnie i Kakashi’ego, ale on kazał mi uciekać. No i zrobiłam to. Co miałam począć? Błagał mnie o to, zapewniał, że da sobie radę, a ja mu uwierzyłam. Kakashi na pewno nie zginął, nie dałby się zabić. Nie on… - zakończyłam dławiącym się głosem.
Spuściłam głowę, a wtedy poczułam czyjąś ciepłą dłoń na ramieniu. Podniosłam wzrok na Asumę. Miał lekko uniesiony kącik ust.
- Aiko… Przykro mi to mówić, ale dla niego nie ma już ratunku. Nie po tym, jak go złapali – westchnął, ściskając mnie za bark. – Wierz mi. W ciągu tego tygodnia widziałem wiele takich sytuacji. Widziałem, jak mój ojciec zostaje zamieniony w to… w to coś… Kazali mi na to patrzeć, rozumiesz? Po tym jak zaaplikowali mu to całe remedium przestał mnie poznawać, sam nawet przyznał, że nie pamięta, aby miał rodzinę… Jak myślisz? Co zrobiłem? Uciekłem od tego, momentalnie zrozumiałem, że dla niego nie ma już ratunku. By ratować własne życie, byłem zmuszony wyrzec się własnego ojca. I ty, Aiko, też musisz pogodzić się ze stratą Kakashi’ego. Wszyscy musimy – w jego głosie pobrzmiewała lekka nuta żalu.
Nie mogłam w to uwierzyć. Myślałam, że Asuma był przyjacielem mojego męża. A tu co się okazało? Że było dokładnie odwrotnie.
- Nie wierzę ci – odezwałam się, strącając z ramienia jego ogromną dłoń. – Nie wierzę, że powiedziałeś coś takiego. Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi, a ty… Brak mi słów. Po prostu brak mi słów – pokręciłam głową. – Nie uważasz chyba, że po tym, co powiedziałeś, przestanę wierzyć w powrót mojego męża?! Nie spodziewałam się, że odwrócisz się od swojego przyjaciela! – odwróciłam się na pięcie, zamierzając odejść.
W tym samym momencie usłyszałam głos Gai’a, który milczał do tej pory.
- Aiko… Naprawdę to zrobiłaś? Naprawdę pozwoliłaś, aby przechwycili Kakashi’ego? – słychać było złość w jego słowach. Odwróciłam głowę, chcąc na niego spojrzeć.
Oczy mężczyzny nie wyrażały nic poza nienawiścią. Nienawiścią, która skierowana była na mnie.
- Jak mogłaś? Przecież to twój mąż! On na twoim miejscu by cię nie zostawił! – wrzasnął. – Skazałaś na śmierć mojego najlepszego przyjaciela! Nie wybaczę ci tego, Aiko! – w jego tęczówkach pojawił się dziwny błysk. Poczułam, jak treść żołądka zaczyna mi się cofać.
Jak mogłam nie zdawać sobie z tego wszystkiego sprawy? Od tylu lat znam Gai’a i do tej pory nic nie zauważyłam. Trwało to zapewne od dawna, możliwe, że nawet od czasów Akademii.
Wzdrygnęłam się. Nie dlatego, że było to niesmaczne. Wzdrygnęłam się, ponieważ było to dziwne.
Po tylu latach znajomości zrozumiałam, że Gai jest zakochany w moim mężu.
- Nie myśl, że nie czuję się podle. Co ja bym dała, żeby to wszystko zmienić… To mnie powinni wziąć zamiast niego! Powinieneś wiedzieć, że zrobię wszystko, aby go uratować. Przysięgam na własne życie, że wyrwę go ze szponów wroga. Obiecuję ci to – powiedziałam, patrząc na Maito, którego spojrzenie odrobinę złagodniało. Po chwili jednak odwrócił się i odszedł w ciemność.

***

Nie mogłam zasnąć. Nie po tym, czego się dowiedziałam. Maito Gai darzył uczuciem mojego ukochanego. Prawdopodobnie od początku czarnowłosy mężczyzna czuł coś do Kakashi’ego. Może nawet Kakashi o tym wiedział? A być może, obym się myliła, byli kiedyś ze sobą?
Potrząsnęłam głową.
Nie, to niemożliwe. Gdyby rzeczywiście to miało miejsce, wiedziałabym. Przecież Kakashi mówił mi o wszystkim, nawet o swoich byłych kobietach. Niczego przede mną nie ukrywał.
No więc dlaczego miałam wrażenie, że coś mi umyka?

***

O świcie wyszłam z namiotu. Na zewnątrz było potwornie cicho, gęsta mgła unosiła się tuż nad powierzchnią ziemi. Nie było zimno, ale i tak otuliłam się ramionami. Po chwili zagłębiłam się w ciemny las. Ptaki dopiero co obudziły się ze snu i ich śpiew był jeszcze dość cichy i niemrawy.
Przeszłam paręset kroków, w ogóle nie zwracają uwagi na to, dokąd idę. Nic więc dziwnego, że po jakichś piętnastu minutach marszu zorientowałam się, że się zgubiłam.
Otaczały mnie ponure drzewa iglaste – świerki, sosny i modrzewie japońskie, które rosły tak gęsto, że przez ich gałęzie prawie w ogóle nie było nic widać.
Tętno gwałtownie mi przyspieszyło. Miałam ochotę krzyczeć, tak zaczęłam panikować.
Przygotowałam się na to, by zacząć wołać o pomoc.
- Nie krzycz – usłyszałam. Odwróciłam gwałtownie głowę, przez co w karku niebezpiecznie mi chrupnęło. Rozmasowałam szyję.
Za mną stał Asuma. Na jego widok zrzedła mi mina.
- Co tu robisz? – zapytałam niezbyt uprzejmym tonem, przestępując krok w przód.
- Musisz mi pomóc – odparł, odwracając się i idąc w powrotnym kierunku.
Pobiegłam za nim.
- Pomóc? W czym? Ty nie chcesz mi pomóc, więc dlaczego oczekujesz, że ja pomogę tobie, Asuma?
- Musisz mi pomóc – powtórzył.
Warknęłam cicho, wściekła, ale powlokłam się za nim. Chyba nie miałam wyjścia. Musiałam sprawdzić, czego ode mnie chce.

***

- Rozumiesz już, do czego potrzebna mi twoja pomoc? – zapytał, zakładając ramiona na swojej szerokiej piersi.
Spojrzałam na stos połyskujących nowością karabinów maszynowych. Wiedziałam, do czego zmierzał Asuma, ale skąd miał pewność, że znam się na tak ciężkim sprzęcie? Co prawda mój ojciec nie pochodził z Kraju Ognia i pokazywał mi jak byłam młodsza taką i podobną broń, jednak nie oznaczało to, że się na niej znałam. Pistolet, w całym moim życiu, miałam w dłoni może raptem z trzy razy i w związku z tym na pewno nie potrafiłam nim posługiwać.
- Doskonale wiem, o co ci chodzi, ale Asuma, nie mam pojęcia, jak tego używać, przepraszam – powiedziałam, schylając się i podnosząc jeden z mniejszych karabinów. Już zapomniałam o tym, jaki jest ciężki. Ugięły się pode mną kolana. – Skąd to masz?
- Myślałem, że twój ojciec służył w wojsku – mruknął. – Włamałem się z Gai’em do jednego z magazynów i ukradłem co nieco – dodał.
- Bo służył, ale jak myślisz, który rodzic uczyłby dziecko strzelać z broni palnej? W ciągu mojego życia trzymałam w dłoni pistolet kilka razy, ale nigdy z niego nie strzelałam. I wcale nie chciałabym strzelać.
Asuma nie dawał jednak za wygraną.
- Bardzo prawdopodobne jest, że będziesz musiała się nauczyć. My, shinobi, musimy się jakoś bronić przed zombie.
- Wiem przecież, do cholery! Ale dlaczego ja mam was tego uczyć, skoro sama nie potrafię?! – wrzasnęłam, spoglądając na niego wilkiem. – Nie dam rady, nie rozumiesz?! Nie mogłabym zabić człowieka! Po prostu nie mogłabym!
Wrzask usłyszał Naruto, który wyściubił nos zza swojego namiotu i przybiegł do nas. Chłopak na widok karabinów uśmiechnął się szeroko.
Podniósł mały, zgrabny pistolet i odbezpieczył go przypadkiem. Zsunął niezdarnie palce na spust, po czym wymierzył broń w dół. Nacisnął. Rozległ się głośny huk, a Naruto wypuścił pistolet z rąk. Rewolwer upadł na trawę. Z lufy uchodził dym.
Chłopak stał sparaliżowany ze strachu. Skóra na jego twarzy przybrała niezdrowy, żółto-biały odcień.
- Oż w mordę… - po tych słowach padł na kolana, a ja, z początku zaskoczona jego działaniem, teraz oprzytomniałam i ponownie wrzasnęłam:
- Ty głąbie! Mogłeś się postrzelić! – podeszłam do blondyna i podniosłam go na nogi. Chłopak drżał. Zerknęłam na jego stopy. Na szczęście były całe, nie ziała w nich żadna dziura. Kilka centymetrów od jego palców znajdowało się małe wgłębienie w ziemi. Gdyby Naruto przysunął bliżej siebie pistolet, straciłby nogę. Miał niebywałe szczęście, że nic mu się nie stało.
Westchnęłam zrezygnowana.
- Chyba nie mam wyjścia. Nauczę was strzelać. Nie chcę mieć niepotrzebnych trupów podczas treningu.
Niemal słyszałam, jak Sarutobi uśmiechał się pod nosem, słysząc moją decyzję.

***

- Trzymasz ręce za blisko twarzy – powiedziałam do Lee, który celował w tarczę znajdującą się w odległości jakichś 30 metrów od chłopaka. – Jeśli będziesz w ten sposób trzymał pistolet, podczas odrzutu kolba uderzy cię w nos.
Czarnowłosy chłopak poprawił chwyt, po czym zmrużył ciemne oczy, by lepiej widzieć wyimaginowany cel.
Minęły już dwa tygodnie, odkąd Asuma poprosił mnie o pomoc. Jako córka byłego żołnierza, wiedziałam jak powinno się strzelać. Mimo ostrego treningu, nie skończyliśmy jeszcze pierwszego etapu kursu pt.: Jak nauczyć się strzelać, przy okazji nie zabijając siebie i innych. Jak na razie prawidłowej postawy nauczyli się tylko Yukata i Asuma, jednak jeśli chodzi o resztę, to wciąż się bali, że broń im wystrzeli jak tylko na nią spojrzą. Tłumaczyłam im, że nic takiego się nie stanie, ale i tak byli przerażeni. W sumie, to sama też się tak czułam. Nigdy bym nie pomyślała, że dojdzie do czegoś takiego. Kto by pomyślał, że lekarz będzie zmuszony do zabijania ludzi. Z osoby, która ratowała życia, zmieniałam się w mordercę. Wszystko się pozmieniało. Pozmieniało na gorsze.
Odeszłam dalej, przyglądając się ćwiczącym. Yukata i Asuma strzelali w oddali do słomianych kukieł z namalowanymi tarczami. Jeszcze kilka dni temu w ogóle nie trafiali w obręcz, lecz teraz kule wbijały się w zewnętrzną część tarczy. Uczyli się bardzo szybko, jednak wciąż miałam przeczucie, że trwa to niemiłosiernie długo.
Sama jednak nie byłam lepsza. Zarywałam całe noce, ćwicząc w lesie. Z początku nie mogłam nawet znieść myśli, że mogłabym strzelać, ale teraz, po dwóch tygodniach oswoiłam się z tą myślą. Co prawda, sumienie wciąż się do mnie odzywało co jakiś czas, jednakże nauczyłam się je w pewien sposób ignorować. Niestety czasami zdarzało się, że zapominałam o głosie rozsądku i zaszywałam się w jakiejś dziupli czy norze i tam płakałam cicho z bezsilności.
- Dlaczego ci tak zależy na tym, aby uratować Kakashi’ego? – usłyszałam cichy, pełen niechęci głos.
Odwróciłam się. Pod jednym z drzew siedziała Sakura, która czytała opasłą książkę, najpewniej jakąś medyczną encyklopedię. Jako jedyna z obozu odpuściła sobie trening, tłumacząc, że prawdziwe kobiety nie robią takich rzeczy. W momencie, gdy to powiedziała, Asuma i ja zdenerwowaliśmy się na nią. Im więcej rąk do pomocy, tym szybciej to wszystko się skończy. Jednak Haruno postanowiła nie uczestniczyć w tym wszystkim i tym samym pozostawała bierna na to, co się dzieje. A przecież od naszych umiejętności strzeleckich zależało, czy dziewczyna przeżyje, czy wręcz przeciwnie. Po prostu oczekiwała, że znów każdy będzie musiał ją ratować. Nic też dziwnego, że świętej pamięci Sasuke nie chciał mieć z nią nic wspólnego.
- Dlaczego? – zapytałam. – Dlatego, że go kocham i nie pozwolę, aby jeszcze coś złego mu się stało. Nie wiem, co siedzi w twojej głowie, Sakura, nie wiem, czy kiedykolwiek tak naprawdę kochałaś Sasuke, czy tak naprawdę uganiałaś się za nim tylko z własnych pobudek. Doskonale wiem, że nie jestem w tym momencie dla ciebie miła, ale nie podoba mi się to, jak odnosisz się do Asumy i do mnie, ani do Naruto. Jesteś inteligentną dziewczyną, jednak niezbyt mądrą. Posiadasz wiedzę medyczną, ale nie wiesz, jak zachowywać się w sytuacjach takich jak ta. Jak myślisz, dlaczego Naruto i Sasuke poczynili takie postępy w poprzednich latach? Właśnie dlatego, że nie użalali się wiecznie nad sobą. Jak coś im nie wychodziło, nie poddawali się, tylko próbowali dalej, aż w końcu dopięli swego. Jeżeli pragniesz stać się silniejszą, weź się w końcu w garść i przestań skomleć jak jakiś pies! – powiedziałam głośno. – Nie chcesz zrobić czegoś dla innych, nie rób, ale potem nie miej pretensji, że coś poszło nie tak – powiedziałam to, patrząc na nią obojętnie, po czym odeszłam w kierunku namiotów. Jeżeli ma choć trochę oleju w głowie, przemyśli sprawę.

***

Nocą to właśnie Yukata stał na warcie w towarzystwie młodego chłopaka, który nie rzucał się zbytnio w oczy. Ot, zwykły nastolatek.
Yukata opierał się o drzewo, ziewając głośno. Potwornie chciało mu się spać, a musiał wytrzymać na posterunku jeszcze co najmniej dwie godziny. Czuł jednak piasek pod powiekami, a te zamykały się coraz częściej.
W pewnym momencie przed jego oczami mignął cień.
Mężczyzna przetarł zmęczone oczy; myślał, że ma halucynacje. Po chwili jednak cień ponownie przemknął mu przed oczami.
- Manabu, widzisz to? – zapytał, ale chłopak nie odpowiedział. Yukata zerknął w lewo i spostrzegł, że nastolatek leży bez życia na ziemi, a w szyję wbitą ma małą strzykawkę.
Yukata pochylił się nad nim i dotknął jego szyi. Chłopak żył, ale jego akcja serca była spowolniona. Kto mógł mu coś takiego zrobić?, pomyślał.
W tej samej chwili poczuł, jak coś wbija mu się w szyję. Zdążył dostrzec tylko znajome, zielone oczy, a potem zapadła ciemność.

***

- No dobrze, kontynuujmy wczorajszy trening. Ale na bogów, przyłóżcie się! – powiedziałam głośno, idąc z pozostałymi w kierunku namiotu, w którym trzymaliśmy broń. Rozsunęłam zamek, i cała krew odpłynęła mi z twarzy.
Zniknęła połowa broni i co najmniej trzy czwarte naboi.
Odwróciłam się do moich towarzyszy.
- Zniknęły… Ktoś ukradł naszą ostatnią deskę ratunku.
W tym samym momencie zauważyłam Yukatę, który idąc, słaniał się na nogach. W prawej dłoni coś trzymał. Po kilkunastu sekundach spostrzegłam, że była to mała strzykawka z pozostałością jakiejś niebieskiej substancji.

- Sa… Sakura… Sakura zdradziła… - powiedział cicho, po czym zemdlał.

***

Troszkę krótki ten rozdział, ale następny z pewnością będzie dłuższy. Wiem, że dawno nic nie dodawałam, ale sami rozumiecie - szkoła, brak czasu, do tego codziennie wracam do domu koło 18, więc nie mam siły nawet na naukę, a co dopiero na blogi. Jednak niedługo święta i w związku z tym będę miała więcej czasu na pisanie komentarzy, czytanie i pisanie.
Pamiętajcie, że każdy komentarz motywuje do dalszej pracy, a mnie sprawia ogromną przyjemność.


31 paź 2014

Rozdział I: "Blizna".

       Minęło sześć dni od tamtego wydarzenia. Od tamtej pory nie wiem, co się dzieje z Kakashim ani z pozostałymi mieszkańcami wioski. Wiem tylko, że nic dobrego. Dzisiaj znalazłam wczorajszą gazetę w jakimś koszu na śmieci w wiosce niedaleko Konoha.
            Było źle, nawet bardzo. Okazało się, że pojawiła się nowa, śmiertelna choroba o nazwie amor deliria nervosa, w skrócie mówiąc choroba miłości. Tak, od dnia trzeciego kwietnia miłość w Kraju Ognia klasyfikowana jest jako choroba, więc zaczęto przeprowadzać przymusowe leczenie. Lek na miłość nazwano remedium. Przybył on z innego kontynentu, gdzie delirium, jak potocznie zwano miłość, od dawna stanowiło zagrożenie.
            Właśnie od tej pory musiałam uważać na swoje zachowanie. Ludzie, którym wstrzyknięto remedium są zazwyczaj spokojni i bez życia. Nie śmieją się, nie płaczą, nic, tylko egzystują. Wiedziałam o tym, ponieważ widziałam kilku na ulicach. Uprzejmi aż do obrzydzenia, nędzna namiastka ludzi. Miałam jednak szczęście. Dzięki moim umiejętnościom aktorskim potrafiłam się do nich dostosować. Aby zmylić policję, która czasami patrolowała ulicę, wycięłam sobie za lewym uchem bliznę w kształcie małego trójkąta. Wszystko po to, by samą się taką nie stać.
            Myśląc nad tym, dotknęłam srebrnej zawieszki z brylantowym serduszkiem ukrytym pod dekoltem bluzki. Dostałam ją na urodziny od Kakashi’ego. Na samą myśl o mężu, czułam w gardle ogromną gulę. Strasznie za nim tęskniłam i teraz, siedząc na strychu jakiegoś opuszczonego domku, zanosiłam się spazmatycznym szlochem. Czy było z nim wszystko w porządku? Czy uciekł funkcjonariuszom i nie dał się przerobić na zombie? Nie miałam pewności. Ostatnie słowa, jakie od niego usłyszałam, zanim się rozstaliśmy, brzmiały: Poradzę sobie i nie martw się o mnie. Wydawało mi się, że było to wieki temu, ale minęło zaledwie sześć dni. Ja jednak czułam się tak, jakby ktoś wyrwał mi solidny kawał duszy. Czułam się niekompletna. A wiadomo, że urządzenie bez chociażby jednej śrubki, nie funkcjonuje prawidłowo. Tak samo było ze mną. Miałam wrażenie, że jestem takim właśnie urządzeniem, z którego wyjęto śrubkę. Nic dziwnego, że byłam jak potłuczone szkło leżące na podłodze. I, również jak szkło, byłam przez to cholernie niebezpieczna. Właśnie przez to, że byłam taka roztrzęsiona. Bez Kakashi’ego u boku nie byłam sobą. Byłam wrakiem człowieka. I dzięki temu byłam gotowa poświęcić wszystko, aby w jakiś sposób go uratować.
            W końcu, po wielu godzinach bezowocnego płaczu, zasnęłam zwinięta w kłębek na starym, przeżartym przez mole kocu, mając położoną pod głową śmierdzącą moczem poduszkę.
            Nie śniło mi się nic. Już od dawna przestałam mieć sny. Przez nie było tylko gorzej.
            Obudziłam się kilka godzin później, a to przez to, że ktoś dobijał się do drzwi piętro niżej. Policja. Bez dwóch zdań. Przyszli zobaczyć, czy nikt zarażony nie ukrywa się przed władzami. Momentalnie zerwałam się z podłogi i podbiegłam otworzyć okno. Zawiasy nawet nie zaskrzypiały. Na szczęście. Chwyciłam się balustrady i podciągnęłam się. Po chwili stałam już na dachu. Była noc. I bardzo dobrze. Dzięki temu nie było mnie widać. Bezszelestnie pobiegłam po dachówkach, uważając, by nie strącić ani jednej. W takim wypadku wszystko poszłoby na marne. Po chwili byłam już po drugiej stronie domku. Chwyciłam się gzymsu i zsunęłam w dół. Nie było wysoko. Zeskoczyłam. Wylądowałam cichutko na ziemi, a potem pobiegłam przed siebie, starając się nie zostawiać śladów. Kolejna wioska, gdzie nie było bezpiecznie. Kolejna wioska, która coraz bardziej oddalała mnie od Kakashi’ego.

***
            Wiesz, jak to jest leżeć w łóżku, będąc przytulonym do ukochanej osoby? Na pewno wiesz. To poczucie bezpieczeństwa, które zapewnia ci mąż. Widzisz w jego oczach to, jak bardzo cię kocha. Za wszelką cenę stara się ciebie chronić, nawet za cenę życia. Chwile te w twojej pamięci są kolorowe i takie… prawdziwe.
            Niestety, pod wpływem nieszczęśliwych wydarzeń, zostają przez nie wypierane, aż w końcu dobre i przyjemne chwile zanikają całkowicie.
            Siedząc w ciemnej piwnicy kolejnego opuszczonego domu, myślałam nad tym oraz nad moim dotychczasowym życiem. Byłam jedną z wielu osób, które miały zatrważającą pamięć do przykrych zdarzeń. Potrafiłam myśleć nad nimi godzinami, równocześnie się zastanawiając, co mogłoby się potoczyć inaczej. Myślałam nad tym, dlaczego, z jakiego powodu deliria pojawiła się w Kraju Ognia. Czemu ludzie uważali miłość za chorobę? Przecież darzenie kogoś uczuciem, to piękna rzecz!
            Podkuliłam pod siebie nogi, a kolana objęłam ramionami, po czym pochyliłam głowę. Westchnęłam.
            To wszystko było bez sensu. Jak niby miałam uratować męża, skoro sama nie potrafiłam wziąć się w garść.
            Musiałam zacząć działać. I to natychmiast.

***

            Wieczorem dotarłam do granicy Kraju Ognia z Krajem Dźwięku. W oddali spostrzegłam las, do którego zmierzałam. Pół godziny później znalazłam się na skraju puszczy, a po chwili zagłębiłam się w mrok. Jako że słońce dopiero zachodziło, to wciąż doskonale widać było wydeptaną przez zwierzynę ścieżkę.
            Nie znałam tego terenu, więc stale musiałam mieć się na baczności. Słychać było jednak tylko pohukiwanie sów i cykanie świerszczy. Mimo tego rozglądałam się czujnie. Z czasem jednak przestałam zwracać uwagę na otoczenie. Być może dlatego, że byłam potwornie zmęczona i wszystko mnie bolało. Zaczęłam też wydzielać niezbyt przyjemną woń. Cóż, w końcu od tygodnia nie miałam dostępu do wody, ponieważ w domach gdzie nikt nie przebywał, odcięto jej dopływ.
            Ubranie miałam w strzępach. Moje granatowe trampki popękały po bokach i na podeszwach, przez co każda nierówność gruntu dawała o sobie znać. Koszula podarta była w tylu miejscach, że po kilku dniach zmuszona byłam przerobić ją na podkoszulek na ramiączkach. Tak samo było ze spodniami – w tej chwili moje blade i podrapane przez gałęzie nogi były jeszcze bardziej widoczne.
            - Mam dość – powiedziałam do siebie kilka godzin później. Usiadłam pod jednym z drzew. Ziewnęłam, a potem ułożyłam głowę na korzeniu. Zamknęłam ozy i wkrótce zasnęłam niespokojnym snem.

***

            Do tej pory nie wiedział, jak to się mogło stać. W jednej chwili spacerował z żoną, a w następnej został zakuty w kajdanki, a do tego odurzony jakimś dziwnym i nieznanym specyfikiem. I to w imię czego? W imię głupiego pomysłu daimyo, świadczącego o tym, że miłość traktowana jest jako choroba! Kakashi z tego powodu, jak również złości, jaka go ogarnęła, miał ochotę wydrapać sobie żyły. Nie zrobił tego jednak. Wciąż miał nadzieję, że choć jednej bliskiej jego sercu osobie udało się uciec. Nie miał jednak pewności, że nie schwytali Aiko.
            Wolał o tym nie myśleć. Było to zbyt bolesne.
            W tej chwili siedział zamknięty w celi, usiłując wymyślić sposób ucieczki. Wszystko jednak nie miało znaczenia. Ilekroć próbował uwolnić się z kajdanek, te wysyłały dość potężne wyładowania elektryczne, które powodowały, że mężczyzna padał na ziemię, drżąc konwulsyjnie, po czym nieruchomiał na kilkadziesiąt minut.
            Zamknął oczy.
            W tej samej chwili usłyszał szczęk zamka. Wiedział, że po niego przyszli.
            - Wstawaj, dupku! - warknął strażnik, po czym kopnął Kakashi’ego w krocze. Hatake zacisnął zęby, starając się nie okazać cierpienia. – Powiedziałem, wstawaj, parszywy gnoju!
            Gdy strażnik zrozumiał, że mężczyzna nie reaguje, chwycił go za ramiona i pociągnął za sobą.
            Kakashi nie zwracał uwagi na to, gdzie drugi mężczyzna go wlecze. A zresztą po co miał to robić? Przecież i tak nie miał najmniejszych szans na ucieczkę.
            Hatake nie zauważył nawet, że znalazł się w jasnym pomieszczeniu bez okien. Uniósł głowę i zauważył biały, długi stół, przy którym siedziała kobieta w średnim wieku. Miała siwe włosy spięte w kok na karku.
            Kakashi został pchnięty w przód, tym samym zostając zmuszonym, by usiąść na krześle.
            Czuł na sobie wzrok kobiety. Kątem oka dostrzegł lodowato niebieskie tęczówki skryte za prostokątnymi okularami w czarnych oprawkach. Zauważył też, że kobieta ubrana jest w szary kombinezon. Na lewej piersi widniała naszywka ze stopniem i nazwiskiem – ppłk. C. M. Reynolds. Kobieta z pewnością nie pochodziła z tych stron.
            - Witam, panie Hatake – odezwała się. Mówiła z trudnym do określenia akcentem. Nic nie odpowiedział. – Jak mniemam, doskonale zdaje pan sobie sprawę z tego, jak poważne przestępstwo popełnił pan i pańska żona? Pobicie funkcjonariusza podczas służby grozi karą od pięciu lat pozbawienia wolności, w tym dwuletni pobyt w zakładzie psychiatrycznym na oddziale zamkniętym, proszę pana.
            Milczał, kobieta jednak nie zrażała się.
            - Z pewnością pan wie, że może pomóc pan w…
            - W czym? – odezwał się, patrząc na podpułkownik Reynolds z nieukrywaną odrazą. – W zmienianiu ludzi w zombie takie jak pani?! O nie, dziękuję. Przywieźliście ze sobą, z zachodu, jakieś cholerstwo zwane remedium, które zmienia nas w pozbawione wszelkich uczuć stwory! I jeszcze, jakby tego było mało, twierdzicie, że dzięki temu wszyscy będą szczęśliwi?! Ile rodzin wymordowaliście dla waszych durnych ideałów? No ile, pytam się, do cholery! – krzyknął, zaciskając dłonie na stole przed sobą.
            - Panie Hatake, proszę się uspokoić. – odparła obojętnie Reynolds. – Nie dał pan mi nawet dokończyć tego, co zamierzałam powiedzieć. Pozwoli pan, że się najpierw wypowiem, a dopiero później odpowie pan, co czuje, dobrze? Nie chcemy przecież bałaganu w raporcie, prawda? – tu posłała mu nikły, sztuczny jak ona, uśmiech. – W Konoha zarejestrowanych jest około 10 tysięcy mieszkańców. Z naszych statystyk wynika, że jakieś dziesięć procent nie stawiła się na obowiązkowym szczepieniu mającym zaaplikować lek.
            Kakashi natychmiast zrozumiał.
            - Chyba nie myśli pani, że powiem wam, dokąd się udali? – zapytał drwiąco.
            - Niekoniecznie o to nam chodzi, panie Hatake – ręce ułożył na stole.
            Mężczyzna zaśmiał się.
            - No to o co, do diabła? Ten wasz cudowny lek na chorobę, która nawet nie istnieje, musiał pomieszać wam w głowach. Tak się składa, że mimo tortur i innych nieprzyjemnych rzeczy nie powiem wam nic. Choćbyście nie wiem, co wymyślili, nie zdradzę swojego domu. – mówiąc to, usiłował wstać z krzesła, jednak kobieta powstrzymała go.
            - Mimo wszystko może się nam pan przydać – odparła, ukradkiem wciskając przycisk znajdujący się na spodniej stronie stołu.
            Po chwili jednak ze ścian rozsunęła się, a do pomieszczenia weszło trzech strażników ubranych w identyczne szare i przylegające do ciała mundury. Stanęli za oparciem krzesła, na którym siedział Kakashi. Reynolds uśmiechając się do niego, rzekła:
            - Co do pana, panie Hatake, mamy specjalne plany. Już niedługo przekona się pan jakie.
            Gdy tylko to powiedziała, Kakashi poczuł, jak coś długiego i ostrego wbija mu się w skórę na szyi. Po chwili jego wzrok zamglił się, a on sam stracił przytomność.

***

            Wyczułam ich, zanim się obudziłam. Pozostałam jednak nieruchoma; w ten sposób chciałam uśpić czujność nieznajomych. Wsłuchiwałam się w ich kroki. Po chwili dwójka napastników znalazła się tuż nade mną. Jeden z obcych dotknął mojej nogi, a po chwili jego dłoń powędrowała wyżej. W momencie gdy zamierzał wsunąć palce do kieszeni moich szortów, złapałam go za nadgarstek, otwierając równocześnie oczy i zrywając się na nogi. Nim napastnik zdążył cokolwiek zrobić, wykręciłam jego rękę za plecy, przez co zmusiłam go do klęknięcia. Jego towarzysz odezwał się:
            - Ej, zostaw go!
            Zerknęłam na niego, po czym odparłam:
            - Jeszcze krok, a twojemu kumplowi połamię rękę – na potwierdzenie własnych słów, mocniej przekręciłam kończynę ofiary, przez co ta zawyła niczym zranione zwierzę. – Kim jesteście i co tu robicie? Czego chcecie? Pieniędzy, jedzenia? Nie mam.
            W tej samej chwili księżyc oświetlił ich twarze. Zamarłam. Przede mną stał Lee, a w tym, któremu usiłowałam złamać rękę, rozpoznałam Yukatę – swojego przyjaciela z dzieciństwa. Natychmiast go puściłam. Mężczyzna zaczął masować sobie ramię, jednocześnie posyłając mi słaby, smutny uśmiech.
            - Aiko-san! – krzyknął Lee, podbiegając do mnie. Uśmiechał się szeroko. Nawet w ciemności było widać jego olśniewająco białe, równe zęby. Chłopak przytulił mnie.
            - Co wy tu robicie? – zapytałam.
            Lee zamierzał odpowiedzieć na zadane pytanie, lecz ubiegł go Yukata:
            - Założyliśmy tymczasowy obóz nieopodal. Co prawda mamy mało miejsca, jednak powinno znaleźć się jeszcze jedno dla ciebie i Kakashi’ego – rozejrzał się. – A właściwie, to gdzie on jest?
Super. Po prostu pięknie.
Poczułam, jak na moim karku pojawiają się zimne kropelki potu. Powiedzieć im prawdę, czy jednak nie? Jak ja na tym wyjdę? Czy przyjaciele wezmą mnie za tchórza, jak sama się czułam?
- On… on musiał zostać w tyle – rzekłam, czując się podle, okłamując ich.
- Czyli niedługo do nas dotrze – oznajmił Lee.
- Taa…

***
Kilkanaście minut później byliśmy już w drodze. Przez krótką podróż dowiedziałam się zaskakująco dużo rzeczy. Okazało się, że delirium nie dotarło tylko do Kraju Ognia, ale też do innych wielkich państw shinobi. Konoha broniła się co prawda najdłużej, jednak i jej nie udało się odeprzeć wroga. Nawet Kazekage – Gaara musiał uciekać poza granice swojego kraju. Tsuchikage oraz jego rodzina zostali zamordowani po tym, jak Wioska Kamienia wszczęła bunt. W pozostałych krajach sytuacja była zgoła podobna, choć Kraj Wody praktycznie przestał istnieć, a jego tereny miały zostać wkrótce zagospodarowane pod główną siedzibę Instytutu ds. Leczenia i Zapobiegania Rozprzestrzenianiu się Delirium oraz pod siedzibę Głównego Centrum Leczenia Deliri oraz Krypt, czyli więzienia dla osób, których nie dało się już wyleczyć. Jednym słowem – świat shinobi chylił się ku upadkowi.
Byłam tym wszystkim przytłoczona. Nadmiar informacji powodował, że nie wiedziałam już, co myśleć na ten temat.
Potrząsnęłam głową.
- I co zamierzacie z tym wszystkim zrobić? – zapytałam, wpatrując się to w Lee to w Yukatę.
- Na razie nic. Shinobi z pozostałych krajów muszą się najpierw zjednoczyć, jednak biorąc pod uwagę dawne konflikty, będzie to bardzo trudne, a może nawet niemożliwe. Być może zdołamy zawrzeć rozejm, ale to tylko i wyłącznie na krótki okres. Potem znów zaczną się wojny. Zawsze tak było i zawsze tak będzie.
- Problem stanowi fakt, że nie mamy żadnego, absolutnie żadnego planu na wygranie tej bitwy. Nawet jeżeli znajdziemy jakiś, nie będzie gwarancji zwycięstwa – dodał Lee.
- Właśnie. O ile znajdziemy rozwiązanie… - szepnęłam.

***

Wkrótce potem dotarliśmy na skraj lasu. Zauważyłam kilkanaście namiotów ustawionych jeden przy drugim. W wielu z nich paliły się lampy naftowe. Namioty ustawione były w literę „u”, a na środku polanki znajdowało się ognisko, przy którym siedziała trójka młodych ludzi. Chłopak obejmował długowłosą dziewczynę, druga natomiast rzucała kamyki w płomienie.
Podeszłam do nich i usiadłam bez słowa na skraju kłody, po czym zaczęłam wpatrywać się w ognisko. Miałam złe przeczucia co do tego wszystkiego. Jak niby mieliśmy wygrać wojnę, o której mówił Yukata, skoro przeciwnik posiadał o wiele bardziej rozwiniętą technologicznie broń? To wyglądało tak, jakby jakieś prymitywne plemię walczyło z bardzo rozwiniętą obcą cywilizacją. Szanse na wygraną były mniejsze niż 1%.
Nagle z otępienia wyrwał mnie znajomy głos:
- Aiko, to ty?! – usłyszałam.
Odwróciłam głowę w prawo. Chłopakiem przytulającym bez wątpienia Hinatą był Naruto. Blondyn uśmiechnął się szeroko. – Co ty tu robisz? I gdzie Kakashi-sensei?
Znowu. Jeżeli jeszcze ktoś zapyta mnie o mojego męża, przysięgam, rozpłaczę się.
Zdusiłam gulę w gardle, która rosła z każdą sekundą.
- On… musiał coś załatwić. Niedługo do nas dołączy.
Uzumaki uśmiechnął się do mnie ponownie, po czym przesunął się bliżej i odparł:
- Za chwilę będzie kolacja. Może zjesz z nami?
Na samą myśl zaburczało mi w brzuchu. Od tygodnia żywiłam się resztkami albo papką z kasztanów i żołędzi. Przydałaby się jakaś odmiana. Jakakolwiek.
W tym samym momencie poczułam na sobie czyjeś wrogie spojrzenie. Przeniosłam wzrok na Sakurę. Była wściekła. Nie wiedziałam tylko dlaczego. Od dawna jednak wiedziałam, że dziewczyna mnie nie lubi, a sama też za nią nie przepadałam, głównie ze względu na to, jak traktowała Naruto.
Na moich kolanach wylądował talerz z pieczonymi ziemniakami oraz dobrze wysmażonym stekiem. Byłam tak głodna, że miałam ochotę wziąć mięso w dłoń i wgryźć się w nie niczym wygłodniały pies. Na szczęście Hinatą wręczyła mi sztućce.
- Proszę, Aiko-san – powiedziała cicho.
- Dzięki. – uśmiechnęłam się.
Ukroiłam kawałek i wsunęłam go sobie do ust, a po chwili zaczęłam rozmyślać o tym, co by było gdyby ta cała deliria nie dotarła do Kraju ognia. Najpewniej wszystko toczyłoby się normalnym tempem – Kakashi chodziłby na misje, ja leczyłabym ludzi. Ale teraz? Przyszłość była niepewna. Nie mieliśmy nawet gwarancji na przeżycie. Wystarczyło wziąć pod uwagę zeszły tydzień. Miałam jednak wrażenie, że to wszystko wydarzyło się nie kilka dni temu, lecz dwadzieścia, a może i trzydzieści lat wcześniej. Do tego nigdy nie przypuszczałam, że będę musiała uciekać z własnego domu.
Przekręciłam obrączkę na palcu, na której wygrawerowano jedno krótkie zdnaie: „Na zawsze twój”. Obawiałam się o Kakashi’ego, jednak miałam nadzieję, że wkrótce do nas dołączy.
Westchnęłam. To wszystko zaczynało mnie przerastać. Nawet nie zauważyłam, kiedy Hinatą i Naruto odeszli, a ja zostałam sam na sam z Sakurą.
- Zadowolona jesteś? – usłyszałam. – Pytam się, czy jesteś z siebie zadowolona?
Sakura Haruno patrzyła na mnie z nieukrywaną odrazą.
- O co ci chodzi? – zapytałam. – A poza tym nie mów do mnie takim tonem, dobrze?
- Jak to o co? Nie udawaj głupiej. I nie mów mi, jak powinnam się do ciebie odzywać. Wciąż, bynajmniej oficjalnie, jesteś moją przełożoną, ale nie jesteśmy w szpitalu – powiedziała, przysuwając się do mnie.
- Dziewczyno, co cię znów ugryzło?
Zauważyłam, jak zacisnęła szczęki.
- To twoja wina, że Sasuke nie żyje! Gdybyś nie wszczęła tej awantury, nic takiego by się nie stało! – powiedziała głośno.
Otworzyłam ze zdziwienia usta.
- Jak to nie żyje? Co się stało? Jak?
- Nieważne jak, tylko przez kogo.
Uniosłam ręce w geście rezygnacji.
- Słuchaj, dobrze wiem, że mnie nie lubisz, ale nigdy nie zrobiłabym czegoś takiego. Nie zabiłabym Sasuke ani nikogo innego. Jestem lekarzem a nie mordercą.
Pokręciła głową z dezaprobatą, po czym wstała.
- Wiesz co? Jak sobie chcesz, jednak nie wierzę w to, co mówisz – po tych słowach odwróciła się na pięcie i odeszła.
Od samego początku wiedziała, że coś jest z nią nie tak. Już jako trzynastolatka potrafiła stwarzać problemy z niczego i być nieuprzejma i arogancka. Nic dziwnego, że Sasuke zerwał z nią niedługo po tym, jak zaczęli ze sobą chodzić. On również miał dość jej histerii i humorów.
Dokończyłam w milczeniu posiłek, w ogóle nie przejmując się durnymi i bezpodstawnymi oskarżeniami durnej nastolatki.

***

Jakiś czas później dostałam nowe, w miarę czyste ubrania i buty oraz miejsce noclegowe w namiocie Hinaty.
Siedząc przy ogniu, wsłuchiwałam się w rozmowę Naruto, Lee, Shikamaru i Gai’a. Dowiedziałam się, że remedium ma o wiele większą skalę działania, niż wszyscy myśleli. A i Bee o mało co nie zginęli, broniąc swojej wioski.
Jako żona jednego z najlepszych shinobi Konoha miałam niemałe pojęcie o strategii. Rozumiałam, że Kage nie zdradzali swojego położenia ze względu na bezpieczeństwo. W ostatnich dniach nie można było nikomu ufać. Wszędzie czaili się szpiedzy i donosiciele.


Rozważając te informacje, doszłam do wniosku, że świat, era shinobi skończy się, jeżeli czegoś nie zrobimy. To była tylko kwestia czasu.

~*~*~
Rozdział pierwszy pojawił się stosunkowo szybko, biorąc pod uwagę moją znikomą ilość wolnego czasu. Czuję jednak przypływ weny na to opowiadanie, więc będę smarować jak najczęściej, choć nie będę wstawiać notek raz na tydzień, ponieważ wydaje mi się to zbyt częste.
Od wczorajszego dnia mam bardzo dobry humor, ponieważ byłam w kinie na filmie "Bogowie", który moim zdaniem jest najlepszą polską produkcją ostatnich dziesięciu lat. Poza tym wczoraj otrzymałam wynik z próbnej pracy maturalnej z biologii (w dodatku mojej pierwszej) i jestem bardzo z siebie zadowolona - miałam prawie 80% przy praktycznie małym wkładzie w naukę. 
Jednak to nie są wszystkie powody mojego szczęścia. Otóż wczoraj dowiedziałam się, że... Kakashi, tak ten nasz sławny i kochany Kakashi w najnowszym i zarazem ostatnim filmie kinowym Naruto: The Last będzie nikim innym tylko Rokudaime Hokage, czyli tłumacząc na język polski - Kakashi Hatake Szóstym Hokage Konoha Gakure. Co prawda nie jestem tym zbytnio zaskoczona, biorąc pod uwagę fakt, że od dawna miałam przeczucie, że tak się stanie.
A oto fotka na dowód:

14 paź 2014

Prolog: "Początek końca".

Objawy amor deliria nervosa

Faza pierwsza: zainteresowanie, trudności z koncentracją, suchość w ustach, pocenie, wilgotne dłonie, zawroty głowy i dezorientacja, obniżona świadomość, gonitwa myśli, upośledzona zdolność logicznego myślenia.
Faza druga: okresy euforii, histeryczny śmiech i zwiększona energia, okresy rozpaczy, apatia, zmiany apetytu, gwałtowna utrata wagi lub przybieranie na wadze, fiksacja, utrata zainteresowań, zaburzona zdolność logicznego myślenia, zniekształcenie postrzegania rzeczywistości, zaburzenia snu, bezsenność lub chroniczne zmęczenie, obsesyjne myśli i działania, paranoja, niepewność.
Faza trzecia (krytyczna): trudności z oddychaniem, bóle w klatce piersiowej, gardle lub brzuchu, trudności z przełykaniem, odmowa przyjmowania pokarmów, całkowite upośledzenie zdolności racjonalnego myślenia i działania, nieobliczalne zachowanie, agresywne myśli i fantazje, halucynacje i urojenia.
Faza czwarta (śmiertelna): emocjonalny lub fizyczny paraliż (częściowy lub całkowity), śmierć.

Jeżeli obawiasz się, że ty lub ktoś z twojego otoczenia mógł zachorować na delirię, zadzwoń pod bezpłatny numer 2 - 300 – 100 – 200, a zapewnimy ci natychmiastową pomoc i leczenie.


Obwieszczenie z dnia 3 kwietnia 2014r.

***

        Wszystko zaczęło się pewnego ciepłego, marcowego dnia, a dokładnie dwudziestego dziewiątego marca.
            Konoha jak zawsze była skąpana w słońcu, ptaki ćwierkały i nic nie wskazywało na to, że sielanka, w której trwaliśmy, za chwilę się skończy. Wszystko było takie jak zawsze, a najgorsze miało dopiero nadejść.
            Żadne z nas nie myślało wtedy, że nie będzie nam dane być szczęśliwym małżeństwem.
            Tego właśnie dnia szłam razem z Kakashim, moim ukochanym, główną ulicą wioski, trzymając go za rękę. Mieszkańcy Konoha już od dawna przestali zwracać na nas uwagę, a przedstawicielki płci pięknej nie wzdychały do mężczyzny, i nie próbowały na siłę go uwieść, odkąd ogłosiliśmy nasze zaręczyny rok wcześniej.
               - Kakashi – zaczęłam, wtulając głowę w jego bark.
            Poczułam na sobie jego wzrok oraz ciepły, pełen szczerości uśmiech. Dłoń Hatake wylądowała na mojej talii. Mężczyzna przyciągnął mnie bliżej siebie, po czym szepnął:
               - Co? – poczułam jego ciepłe usta, które nie były okryte maską na swojej skroni.
       - Nic. Po prostu uwielbiam wypowiadać twoje imię – dodałam, unosząc głowę i spoglądając w jego czarne oko; drugie miał skryte za opaską. Ukrywał pod nią bardzo potężne dōjutsu, do których należał Sharingan. Lecz nie dlatego podziwiałam swojego męża. Nie dlatego, że był bardzo silny i mało kto mógł się z nim równać. Podziwiałam go za to, jakim człowiekiem był – dobrym, sprawiedliwym, uczciwym, troskliwym i opiekuńczym. Jednakże byłam jedną z niewielu osób, które znały jego prawdziwą naturę. Kakashi nikomu przypadkowemu jej nie pokazywał, a i ja musiałam mu obiecać, że nikomu nie powiem, dopóki on sam nie będzie tego chciał. No więc milczałam.
            Wracając jednak do mojego męża. Jest to wysoki mężczyzna o srebrnych włosach, które łamały prawa fizyki, ponieważ odstawały na wszystkie strony, czarnych jak węgiel oczach oraz wąskich, lecz dość pełnych ustach. Jednym słowem – był najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego widziałam. Natomiast ja… Cóż. Jestem kompletnym przeciwieństwem Kakashi’ego. Po pierwsze – ciemne włosy i bardzo jasne niebieski oczy, do tego ten niski wzrost... Jeszcze jakby tego było mało, byłam cholernie nerwowa i bardzo łatwo można mnie wyprowadzić z równowagi. Jedyną osobą, na którą się nie denerwowałam, był właśnie Kakashi. Mój spokojny, stateczny i cichy małżonek. Mieliśmy jednak parę cech, które nas łączą – na przykład miłość do książek lub też powaga, która nie był odpowiednia do naszego wieku. Nie znosiliśmy też imprezować i preferowaliśmy swoje własne towarzystwo, bez natrętnych ludzi, którzy próbowali się do nas zbliżyć. Nie cierpieliśmy też fałszywości i chamstwa. Oboje byliśmy szczerzy i nie baliśmy się mówić to, co myśleliśmy. Nie pozwalaliśmy też sobą rządzić, szczególnie ja. I może dlatego miałam w swoim czasie na pieńku z różnymi osobami. Podpadłam też paru kolejnym, mówiąc to, co o nich myślę. Ale miałam to gdzieś. Przynajmniej dowiedzieli się trochę prawdy o sobie.
            Idąc, rozmyślałam nad różnymi rzeczami, jak zwykle zresztą. Szczególnie niepokoiła mnie przyszłość moja i Kakashi’ego jako małżeństwa. Nie dlatego, że miałam obawy, że się rozejdziemy. Martwiło mnie to, że kiedyś, bogowie uchowajcie, Kakashi nie wróci z misji, a ja zostanę sama z gromadką dzieci, z których najmłodsze w ogóle nie pozna ojca i będzie obwiniało go o to, że nas zostawił.
            No tak, z tego wszystkiego zapomniałam powiedzieć, że Kakashi jest ninja, w związku z tym bardzo często nie było go w domu. Ja natomiast byłam lekarzem w wioskowym szpitalu. Moją specjalizacją są choroby układu hormonalnego.
            Nagle z otępienia wyrwał mnie głos Kakashi’ego.
         - Aiko, widzisz, co tam się dzieje? – zapytał, wskazując dłonią na przeciwległy kraniec ulicy. Spojrzałam w tamtym kierunku i dostrzegłam przepychających się ludzi. Jedną ze stron konfliktu była policja.
         Jako lekarz wiedziałam, że w trakcie takiej bójki z pewnością na siniakach się nie skończy i, zanim Kakashi zdołał mnie powstrzymać, pobiegłam przed siebie.
            Słyszałam jego kroki za sobą. Tupot jego stóp wybijał jednostajny, równy rytm.
           Niestety, biegnąc w tamtym kierunku, nie wiedzieliśmy jeszcze, jak wielki popełniliśmy błąd.

***

            Kiedy dotarliśmy na miejsce, zrozumieliśmy, że nie była to zwykła bójka, która z reguły wywiązuje się po jakimś lekkim przewinieniu. Musiała wydarzyć się jakaś grubsza sprawa, ponieważ policjanci byli znacznie bardziej uzbrojeni niż to zwykle bywa.
                - Co tu się stało? – zawołał Kakashi, łapiąc mnie za rękę.
            Jeden z policjantów odwrócił się i spojrzał na nasze splecione dłonie. Nagle jego mina z pozoru obojętnej zmieniła się na zaskoczoną, a potem mężczyzna wrzasnął:
              - Zarażeni!
            Nie wiedzieliśmy, o co mu chodzi. Jacy znów zarażeni? Byliśmy przecież kompletnie zdrowi.
              - O co chodzi? – zapytałam. – Co się, do diabła, dzieje?
            Nie odpowiedział mi. Zamiast tego rzucił się na mnie z pałką, którą po chwili zaczął okładać.
            Usłyszałam wrzask Kakashi’ego, którego otoczyła pozostała czwórka policjantów. Dwóch z nich złapało go mocno za ramiona, uniemożliwiając wymierzenie jakiegokolwiek ciosu, który zdołałby powalić przeciwnika.
            Jęknęłam, kiedy pałka uderzyła mnie w żebra, wytrącając powietrze z płuc. Po chwili poczułam, jak ciężki but policjanta ląduje na moich ustach. Trysnęła krew. Kakashi krzyczał.
            Przekręcając się z trudem na bok, dostrzegłam, że kawałek dalej miała miejsce podobna sytuacja. W tej właśnie chwili bito staruszka, który próbował ochronić przed ciosem swoją żonę. Starzec dostał cios w głowę, a potem kolana ugięły się pod nim, a on sam runął na ziemię, gdzie znieruchomiał. Nie trzeba było być bardzo inteligentnym ani spostrzegawczym, aby wiedzieć, że nie żył. Starsza kobieta zaniosła się spazmatycznym szlochem. Odwróciłam wzrok, nie chciałam oglądać tej masakry, którą w tej chwili sama zaczynałam doświadczać.
            Kątem oka dostrzegłam Kakashi’ego, który zakrwawiony, wciąż próbował wyrwać się policjantom. Serce zabiło mi mocniej na ten widok. Cholera jasna, pomyślałam, nie mogę go tak zostawić, muszę mu jakoś pomóc.
            Zauważyłam, jak policjant wymierza cios pałką w kierunku mojej głowy. Nie myśląc za wiele, uniosłam rękę, a pałka, wcześniej wymierzona w skroń, wylądowała na przedramieniu. Ból był potworny, jednak nie skończył się połamaniem ręki.
            Policjant nie krył zaskoczenia, a ja to wykorzystałam. Podniosłam się chwiejnie na nogi, a potem zamachnęłam się. Pięść trafiła w sam środek nosa mężczyzny. Po raz kolejny trysnęła krew, której część znalazła się na mojej twarzy. Nie dbałam o to jednak. W momencie gdy policjant ścisnął dłonią złamany nos, kopnęłam go w krocze. Upadł na ziemię, jęcząc z bólu. W podobny sposób poznałam Kakashi’ego. Myśląc, że to zboczeniec, przywaliłam mu w to samo miejsce.
         - Nie waż się tknąć mnie lub mojego męża, zrozumiano? – warknęłam, uderzając go stopą w brzuch. W tym samym momencie pojęłam, że popełniłam kolejny błąd. Zorientowałam się dopiero wtedy, kiedy usłyszałam kolejny krzyk Kakashi’ego.
- Aiko, uciekaj! Uciekaj stąd!
            Obejrzałam się. W moją stronę biegli dwaj pozostali policjanci. Z jednym bym sobie poradziła, ale nie z dwoma.
            Postawiłam krok w przód. Czekaj, odezwał się głos w mojej głowie, naprawdę chcesz go zostawić? Kakashi’ego, swojego męża?
            Nie mogłam. Przecież go kochałam, jak nikogo innego na tym świecie. Był dla mnie najważniejszy, więc jak mogłam uciec niczym zwykły tchórz i po prostu go zostawić?
            Zatrzymałam się, po czym spojrzałam na Kakashi’ego, myśląc: Uratuję cię nawet za cenę życia. On jednak nie zrozumiał mojego przekazu albo po prostu nie chciał go usłyszeć. Zamiast tego wrzasnął:
- WIEJ, AIKO!!!
            Byłam głupia, słuchając go w tym momencie. Spojrzałam błagalnie ten jeden, jedyny raz w jego kochane oczy, a potem odwróciłam się i pobiegłam przed siebie, słysząc wyraźny głos mojego męża:
- Poradzę sobie, nie martw się o mnie!
            Płacząc i równocześnie czując się jak ostatni śmieć, wybiegłam z wioski.

***
To na razie tyle z mojej skromnej strony. Rozdział pierwszy się pisze, myślę że niedługo go opublikuję, lecz nie mam pojęcia kiedy, ze względu na szkołę oczywiście. Z reguły mam czas tylko w piątki, aby coś opublikować bądź wejść na kompa. Cóż, szkoła robi swoje, a bio-chem szczególnie. No nic, to tyle. Do następnego, kochani (jeżeli ktoś to w ogóle będzie czytał)!