26 gru 2015

Rozdział VI: "Zdrajca".

     Wpatrywałam się w niego, nic nie pojmując. Dlaczego mnie nie zabił, pomyślałam, miał przecież ku temu doskonałą okazję.
Jęknęłam i podniosłam się na nogi, po czym wycelowałam pistolet w pierś Kakashi’ego. Ten siedział, opierając się o drzewo i nie zanosiło się na to, aby miał za chwilę wstać, doskoczyć do karabinu leżącego między nami i oddać strzał. 
Patrzył na mnie zmrużonymi, ciemnymi oczami.
— O jaką „prawdę” ci chodzi? — zapytałam, robiąc krok w przód. 
Wstał, po czym przeszedł kilka kroków, chcąc sięgnąć po karabin.
— Nie radzę – warknęłam. — Jeden ruch, a cię zastrzelę.
Uniósł ręce w górę.
— Muszę cię o coś spytać — dyskretnie sięgnął do ramiączka plecaka i zrzucił go na ziemię, gdzie wylądował z głuchym łoskotem. Mężczyzna klęknął i otworzył klapę plecaka. Pogrzebał w środku, wyciągając coś małego i błyszczącego. 
Jak tylko to zobaczyłam, poczułam w gardle gulę, która z każdą chwilą robiła się coraz większa. Oczy zrobiły się mokre. Pomrugałam, chcąc odpędzić łzy.
— Czy… czy w przeszłości byłaś dla mnie kimś bliskim? Kim? — zapytał cichym głosem. Przez krótki moment wyglądał jak dawny Kakashi. Na ułamek sekundy zniknęła twardość, jaką odznaczała się jego twarz, a w czarnych oczach pojawił się ten charakterystyczny błysk. 
Patrząc na mnie, wyciągnął w moją stronę dłoń, na której leżał pierścionek. Metal błyszczał w słońcu i wydawało się, że mnie woła.
Uniosłam rękę w taki sposób, jakbym chciała wziąć obrączkę do ręki. W ostatniej chwili się pohamowałam i opuściłam dłoń, i zwinęłam ją w pięść. Paznokcie wbijały mi się w skórę z taką siłą, jakby za chwilę miały ją przebić.
— Ja… Ja… — zaczęłam. — Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, ale masz rację, byłam dla ciebie kimś bliskim…
— Rozumiem — powiedział twardo, po czym zarzucił plecak z powrotem. 
W tej samej chwili usłyszeliśmy czyjś krzyk dochodzący ze strony lasu. Poznałam go. To Asuma mnie szukał. Sarutobi podejrzewał, że się zgubiłam, więc nic dziwnego, że się zaczął o mnie martwić.
— Aiko! Gdzie jesteś?! AIKO?! — wrzasnął.
Odwróciłam się w stronę lasu. Po chwili do moich uszu dobiegł trzask łamanych gałęzi. Asuma był coraz bliżej. Jeszcze kilkanaście sekund, a dostrzeże Kakashi’ego, a potem tylko patrzeć, jak wzajemnie będą próbowali się pozabijać.
— Uciekaj — syknęłam. — Uciekaj, proszę.
Kakashi spojrzał na mnie, marszcząc swoje jasne, regularne brwi. Rzuciłam w jego stronę karabin, a ten zręcznie go złapał.
Nie posłuchał mnie, zamiast tego uniósł karabin, a lufę skierował w stronę lasu. Odbezpieczył broń.
Serce zaczęło mi bić gwałtownie. Nie miałam pojęcia, co robić. Pozwolić, aby mój mąż zastrzelił Asumę, czy pozwolić, aby to Kakashi zginął? Nie mogłam się zdecydować ani na jedno, ani na drugie, mimo tego, że jeden stracił nadzieję na to, że odzyskamy Kakashi’ego, a drugi prawie mnie zabił. Nie mogłam tego zrobić. Jeżeli bym się tego podjęła, nigdy bym sobie nie wybaczyła.
Podeszłam szybkim krokiem do Kakashi’ego. Chwyciłam go za muskularne ramię i popatrzyłam głęboko w oczy. Nogi trzęsły mi się jak galareta, a serce uderzało wściekle o żebra ze strachu. 
Wiedziałam, że bardzo ryzykuję, zbliżając się do niego, jednak nie mogłam pozwolić na to, żeby Asuma go zabił.
— Błagam cię, uciekaj… — szepnęłam. — Inaczej on cię zabije…
Szarowłosy spojrzał na mnie i prawie niezauważalnie kiwnął głową.
Odsunęłam się. Patrzyłam, jak Kakashi zbliża się powoli do skarpy, pochyla się, równocześnie posyłając mi puste spojrzenie i znika.
Podbiegłam do krawędzi zbocza. Widziałam, jak Kakashi spada, po czym zanurza się w zimnej, huczącej wodzie. Bałam się, że nie przeżył tego upadku — w końcu na dnie rzeki pełno było ostrych kamieni, na których mógł się roztrzaskać. Tak się jednak nie stało. Po kilku sekundach zauważyłam szarą czuprynę należącą do mojego męża. Mężczyzna podpłynął do brzegu, walcząc z prądem i z pomocą drzewa rosnącego nieopodal, a raczej korzeni, wyszedł na brzeg. Otrząsnął się z lodowatej wody i sprawdził, czy wszystko ma, po czym, nie odwracając się, odszedł.
Wtedy nie wytrzymałam.
Upadłam na kolana i rozpłakałam się. Zdjęłam z serdecznego palca prawej dłoni obrączkę, popatrzyłam na napis wyryty w jej krawędzi i przycisnęłam ją do serca. Może Asuma miał rację?, przyszło mi do głowy,  może dla Kakashi’ego nie ma już ratunku?
Pochyliłam się i zawyłam. Nigdy bym nie pomyślała, że serce może tak boleć. Miałam wrażenie, że cierpienie rozsadzi moje ciało na milion kawałeczków. Przygotowywałam się na ponowne spotkanie z Kakashim, ale nie miałam pojęcia, że będzie tak źle – że będę gotowa popełnić samobójstwo…
Skierowałam lufę pistoletu w stronę mojej głowy. Otworzyłam usta, spazmatycznie łapiąc powietrze, po czym włożyłam ją głęboko do gardła. Zamknęłam oczy. Metal był zimny. Przełknęłam ślinę, kładąc palec na spuście. Jeszcze tylko jeden mały ruch…
— Aiko, do cholery! — nagle poczułam, jak czyjeś silne ramiona podnoszą mnie do góry. Ktoś wyszarpnął pistolet, który wylądował na ziemi. — Boże drogi, kobieto, coś ty chciała zrobić?!
Spojrzałam pustym wzrokiem na Asumę. Był chorobliwie blady, a brązowe oczy były dwa razy większe niż zwykle.
Nie odpowiedziałam mu. Po co, skoro to nic nie zmieni?
— Coś ty chciała zrobić, co? — ponowił pytanie, biorąc mnie na ręce. Ruszył szybkim krokiem w stronę obozu.
Znów się nie odezwałam. Co miałam mu zresztą powiedzieć? Że próbowałam się zabić, bo nie mogę znieść już tego wszystkiego? Że nie mam po co żyć, ponieważ straciłam wszystko, co kochałam?
Zamknęłam oczy i otworzyłam je dopiero, kiedy dotarliśmy na miejsce. Do moich uszu doleciał dźwięk kroków.
— Co się stało? – zapytał Yukata, którego zauważyłam kątem oka. Mój przyjaciel podszedł do mnie i dodał: – Co z Aiko? Dlaczego się nie rusza? Czemu jest taka blada?
– Próbowała popełnić samobójstwo – odparł Asuma wypranym z emocji głosem.
Nastała cisza. Trwała tylko chwilę, ale mnie wydawała się wiecznością.
– Daj mi ją – mruknął Yukata słabym głosem.
Poczułam, jak Nagasaki bierze mnie na ręce, po czym niesie w stronę namiotu, z którego wyszła Hinata. Dziewczyna usłyszała, co się dzieje, ale jak tylko mnie zobaczyła, z jej gardła dobiegł zduszony okrzyk. Zakryła usta dłońmi.
Przepuściła Yukatę, aby ten mógł wejść do środka.
Mężczyzna położył mnie na macie, nakrył cienkim kocem, a potem usiadł obok.
Oparłam głowę na dłoni, wpatrując się nieprzytomnym wzrokiem w zieloną ścianę namiotu.
– Dlaczego chciałaś to zrobić, Aiko? – odezwał się. – Dlaczego?
Nie mogłam tego znieść.
Podniosłam się i obróciłam w jego stronę swoją białą twarz.
– Chcesz wiedzieć, Yukata? – powiedziałam płaczliwym głosem. – Chcesz wiedzieć, dlaczego stałam się taka… płaczliwa? Dlaczego na samą myśl o tym wszystkim mam ochotę poderżnąć sobie gardło?
Patrzył na mnie w osłupieniu.
        – T y powinieneś mnie zrozumieć. Przeżyłeś przecież coś podobnego. Midoriko… – zamilkłam, zobaczywszy ból na jego młodej twarzy. Przez to wszystko mój przyjaciel się postarzał się o co najmniej dziesięć lat. – Po prostu mam już tego wszystkiego dość… Przerasta mnie to. Nie daję rady z tym wszystkim… Za każdym razem, jak przypomnę sobie, co z nim zrobili, mam ochotę podciąć sobie żyły. Mam tego wszystkiego dość. A teraz zostaw mnie, proszę…
Czułam przez chwilę na sobie jego wzrok, a potem mój przyjaciel wyszedł z namiotu i udał się w tylko sobie znanym kierunku.

~*~

Siedziałam na małym mostku, wpatrując się w przepływające w oddali kaczki. Nic sobie nie robiły z tego, co się dzieje z ludźmi i ze światem. Miały przecież swoje życie.
Zdjęłam buty i zanurzyłam nogi w wodzie, która była tak czysta, że było widać nawet najdrobniejsze ziarenka piasku na dnie.
Długo jednak nie mogłam tak siedzieć, robiło się zimno, a nie chciałam się rozchorować.
Wstałam i założyłam buty, po czym skierowałam się w stronę obozu. Znów zmieniliśmy jego położenie. Nie mogliśmy przecież ryzykować.
Zbliżając się do docelowego miejsca, usłyszałam podniesione głosy. Przyspieszyłam. Gdy się zatrzymałam, ujrzałam Asumę, Yukatę i Gai'a, którzy trzymali za ręce młodego, wysokiego mężczyznę. Nieznajomy miał czerwone, nastroszone włosy i żółte, kocie oczy. Był dość przystojny, jeżeli ktoś gustuje w typie klasycznego „bad boya”. Mężczyzna miał na sobie wąskie czarne spodnie z przyczepionym do lewej strony łańcuchem, białą koszulkę opinającą jego muskularny tors i ciemną kurtkę z futrem. W ustach trzymał papierosa, który po chwili wylądował na trawie, a to dlatego, że Asuma porządnie popchnął go w przód.
       — Guys, nie tak ostro! — powiedział to takim tonem, jakby nic mu się nie chciało. — Calm yourself, okay?
Mówił z trudnym do określenia akcentem, wplatając do swoich wypowiedzi obce słowa, przez co ciężko było go zrozumieć. Na moje szczęście znałam język, jakim się posługiwał – kolejna zaleta posiadania ojca żołnierza.
        — Who are you, stranger? — zapytałam. — Where are you from?
       Asuma wraz z resztą zgrai puścili go, jak tylko usłyszeli, że jestem w stanie się z nim porozumieć.
        — O shit! — wyrwało mu się. — You know English?
Kiwnęłam głową. Koleś był dziwny. Miał coś takiego w sobie, co kazało mi uciekać. Nie miałam pojęcia, co to było.
        — Who are you? — powtórzyłam.
Roześmiał się, a potem wstał i podszedł do mnie niedbałym krokiem.
     — You're cute — i puścił do mnie oko. — I'm Jackie… Jack Stone. Pracowałem w labora… laboratory. Oh, crap.
  Pracował w laboratorium? Jako kto? Technik?
Zmroziłam go wzrokiem. Jack wciąż stał przede mną i szczerzył się.
      — No dobra, pracowałeś w laboratorium. No i co z tego? Co nam z tego przyjdzie? — mruknął Gai. — Asuma, sprzątnijmy go. Przecież od razu widać, że to zombie. Jak tego nie zrobimy, te ścierwa po nas przyjdą i zrobią z nas miazgę.
        — No! — wrzasnął Jack, po czym cofnął się o kilka kroków. — Ja… Ja mogę pomóc.
  Yukata prychnął.
          — Pomóc? W jaki sposób? A poza tym nie mamy pewności, czy możemy ci ufać – mruknął Asuma i zapalił papierosa.
  Stone kiwnął głową. 
        — Możecie. Opuściłem Kraj Wody, bo… bo uznałem, że to, co robią jest złe. Nie mogę żyć tak, jak oni. Nie pasuję tam.
 Zrozumiałam, co wydawało mi się w nim dziwnego. Nie zachowywał się jak typowy wyleczony. Miał stanowczo zbyt dużo energii i własnej woli.
      — Wciąż nie rozumiem, dlaczego przyczepiłeś się do nas – powiedział Yukata, przypatrując się mu.
      — Właśnie dlatego, że mogę wam pomóc… — zamilkł, ponieważ z lasu wyszedł Naruto, trzymając w prawej dłoni sporej wielkości plecak. W lewej zaś miał plik jakiś kartek. Z tego, co zdążyłam zauważyć, raz po raz je czytał, ale nie mógł zrozumieć, co jest na nich napisane.
      — Aiko-san, możesz na to zerknąć? — zapytał blondyn, podchodząc do mnie.
        — Jasne — odparłam, biorąc od niego kartki.
Wszystko było napisane po angielsku, wiele terminów nie rozumiałam. Już chciałam powiedzieć chłopakowi, żeby to wyrzucił lub spalił, ale właśnie wtedy poczułam, jak zimny dreszcz spływa mi po karku.
Na przedostatniej stronie znajdował się klucz do zwycięstwa.
Skład remedium.

Od autorki:

Wiem, że bardzo długo nie było rozdziału, a ten, co napisałam wyszedł strasznie krótki, ale stwierdziłam, że więcej ujmę w kolejnej notce. 
Jak pewnie zauważyliście, pojawiła się nowa postać. Co myślicie o Jacku? Jest trochę... pokręcony, co nie? Nie wiem, czy przypadnie Wam do gustu, ale osobiscie uważam, że ma coś w sobie, co powoduje, że nie można przejść obok niego obojętnym. Z jednej strony taki lekkoduch, co zupełnie nie pasuje do wyleczonych, a z drugiej potrafi być śmiertelnie poważny.
Co do kolejnego rozdziału, nie jestem pewna, kiedy będzie. Prawdopodobnie w ferie zimowe.
Kurczę, nie znoszę swojego liceum. Jeszcze ta matura :/ Aż mi się niedobrze robi, jak pomyślę, że niedługo trzeba będzie wracać do szkoły. Nie mam siły, by się oglądać niektóre osoby i grono pedagogiczne :/ Byle do maja, a potem sayonara, liceum!
No nic, do następnego!
CZYTASZ = KOMENTUJESZ :D


Słodziak z niego jak nie wiem :3 Aż ma się ochotę go schrupać :P

Trochę akapity się rozjechały, a kod html na nie coś mi nie działa :(